Kiedy któreś ze zwierząt choruje na nieuleczalną chorobę to właściwie żyje się z dnia na dzień, licząc że to jeszcze nie dziś, że może jeszcze trochę… życie w ciągłym napięciu i oczekiwaniu na nieuchronne.
Jak będzie? Czy odejdzie we śnie.. wymarzona opcja, w domu wśród swoich, łagodnie.. ale śmierć nie chce być łagodna.
Stan Beni przez długi czas wydawał się stabilny. Od maja była na bardzo silnych lekach przeciwbólowych, które jakby dały jej drugą energię do dalszego bycia. Dzień przestał być przerywany nagłym wyciem z bólu. Za to Benia była aktywna, chętna do jedzenia, obecna w codziennych sprawach. Ta misterna jenga rozpadła się z nadejściem sierpnia. Już 1.08 (oczywiście piątek wieczór) zauważyłam, że nagle Benia jakoś dziwnie rusza główką kiedy zbliża się do miski, jakby przeszkadzał jej niewidoczny złamany wibrys, czy coś podobnego. W sobotę wieczorem po raz pierwszy zaraz po posiłku Benia zaczęła grzebać pazurami w buzi jakby coś jej utknęło. Ponieważ szybko zakończyła te ablucje, nie jechaliśmy na sygnale do pierwszej lepszej otwartej całodobowo kliniki. Jednak niestety w niedzielę sytuacja się powtarzała, więc w poniedziałek z rana ruszyliśmy do Kossakowa.
Od dłuższego już czasu nie było opcji oglądania tego, co się działo w jej pyszczku bez traumy dla niej więc z tego zrezygnowano. Teraz jednak zapadła decyzja, żeby podać lekką narkozę i obejrzeć co się tam dzieje. Bardzo się łudziłam, że to może jednak jakiś kłopot z jej jedynym zębem. Ta nadzieją żyłam aż do odbioru Beni po południu. Wtedy od doktor dowiedziałam się, że rozrost z przetoki praktycznie zarósł gardło, nie było nawet możlwości otworzenia paszczy na normalną szerokość, żeby zajrzeć do samego gardła, a to wyglądało na zarośnięte. Nie było już sensu narażać Beni na kolejne stresy i zabierać na resztę dnia do domu po to, żeby następnego ranka zawieźć na eutanazję. Benia odeszła cicho tak jak żyła, mała cudowna wojowniczka, która jadła z apetytem do samego końca udając że wszystko gra do momentu, kedy już się nie dało.
